Czy warto wziąć psa ze schroniska?

Każdy człowiek ma w sobie pierwiastek dobra. U mnie ten pierwiastek jest naprawdę duży, gdyż ciągle odczuwam potrzebę czynienia dobra, zbawiania świata. A ponieważ znam siebie i swoje możliwości już całkiem dobrze, więc wiem, że świata nie zbawię. Tak więc pierwiastek niezrealizowanego dobra rośnie we mnie, pęcznieje…

Od wielu lat miałam takie marzenie, żeby wziąć psa ze schroniska. Zawsze w moim domu był jeden, dwa, a nawet trzy psy. Ale zawsze były to suczki i z tzw. dobrego domu, nie żeby jakieś egzemplarze wystawowe, ale określonej rasy z określonymi cechami charakteru. W każdym razie wiadomo było mniej więcej czego można się po nich spodziewać. Jednak po co są marzenia? Po to, aby je spełniać.

Pojechałam do schroniska z nastawieniem, że popatrzę, poszukam, popytam… Wróciłam z psem, niewielkim kundelkiem. Och, jakże czułam się dumna, dowartościowana i szczęśliwa – że spełniam marzenie, robię dobry uczynek, daję psu ciepły i kochający dom… – po prostu jestem takim dobrym człowiekiem. Do czasu.

Kolorowa bańka mydlana pękła, a różowe okulary spadły i roztrzaskały się z hukiem, kiedy okazało się, że nie nadążam ze ścieraniem sików. Każdy róg mieszkania został ochrzczony, a tam gdzie szczochów nie zauważyłam moja drewniana podłoga zaczęła odchodzić i zrobiła się czarna. Znajomi kiwali głową ze zrozumieniem i pocieszali – to normalne, znaczy teren. Ale jak to znaczy teren? Przecież to moje mieszkanko – wychuchane, wydmuchane, czyściutkie – TO MÓJ TEREN!

W dodatku pies przyniósł w sobie cały przekrój robactwa, bał się jeździć windą, dziwił się jak widział ptaki w parku, na spacerze niczym niezły odkurzacz pochłaniał wszystkie znalezione śmieci. Okres adaptacji i uczenia się siebie nawzajem był straszliwie ciężki. Załamywałam się co rusz, ale powtarzałam sobie, że przecież to nie jego wina, że nawet jak na niego krzyczę to i tak jest mu lepiej niż w schronisku, że z czasem będzie już tylko lepiej, bo musimy się po prostu zgrać i przyzwyczaić do siebie, że jest młody i się wszystkiego nauczy tylko trzeba dać mu szansę. Był kryzys owszem – przez pierwsze 48 godzin zastanawiałam się czy podołam, czy jednak go nie oddać z powrotem. W ostateczności mogłam się zawsze zgłosić do schroniskowego psiego behawiorysty. Ale przetrwałam. I on przetrwał.

Już jest ok. Minęły dwa miesiące i strasznie go kocham. A najlepsze jest to, że on mnie też, i ja to wiem. Robi mi co prawda różne psikusy – wypił moją kawę, powyciągał śmieci z kosza, pogryzł książki, zjadł trzy pary kapci, na kanapie zrobił kupę, w którą o mało nie usiadłam, notorycznie kradnie dzieciom kanapki z plecaków, na spacerach ucieka i wraca dopiero aż ochrypnę od wołania, zmówię 5 pacierzy i złożę Wszystkim Świętym dozgonną obietnicę, że już nigdy przenigdy nie spuszczę go ze smyczy…

Czy było warto? Było. Każda minuta z nim spędzona uczy mnie czegoś nowego – dowiaduję się o sobie wielu rzeczy, pracuję nad swoim charakterem, pracuję nad jego charakterem, zyskałam wspaniałego towarzysza i przyjaciela. I – jak to powiedziały moje dzieci – teraz w końcu jest jakieś życie w naszym domu:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.