Czy warto bać się latania samolotami?

Boję się latania. Nic na to nie poradzę. Są okresy, kiedy radzę sobie z opanowaniem lęku i jestem w stanie wsiąść na pokład, a są okresy, kiedy na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.

Gdy mówię o tym, że boję się latać samolotem kobiety na ogół odpowiadają: ja też, albo kiwają ze zrozumieniem głową. Za to panowie… ooo ci to za każdym razem usiłują mnie przekonać, że nie warto się bać, bo latanie jest bezpieczne i przyjemne. Skąd zatem tyle wypadków lotniczych i jak można przejść nad tym do porządku dziennego jak na raz ginie około 300 osób? Moja wrażliwość i rozsądek stanowczo odmawiają współpracy w tej kwestii.

Ja wiem, że argumentami za tym, aby się nie bać jest to, że statystycznie samoloty to najbezpieczniejszy środek transportu – panowie powtarzali mi to jak mantrę. I że statystycznie łatwiej jest zginąć w wypadku samochodowym. Tak, ale… tu jak giniesz – to „na zawsze” – nawet żadne narządy nie nadają się do przeszczepu i dalszego życia w kimś innym. Kolejnym sztandarowym argumentem panów na to, że nie warto bać się latać, jest to iż każdy system elektroniczny w samolocie jest podwójny.

Jednak na kilkadziesiąt lotów, które do tej pory odbyłam kilka sprawiło, że zapamiętałam je może nie tyle jako zagrażające życiu czy zdrowiu, ale na pewno jako niezbyt miłe przygody.

Przygoda nr 1 – lot Paryż-Warszawa, Air France-KLM
Na lotnisku luzik. Ucieszyłam się, bo wśród pasażerów czekających na mój lot dostrzegłam wróżkę. Tak, tak, prawdziwą wróżkę o pseudonimie David Harkley. Pomyślałam, że skoro wróżka leci tym samym samolotem co ja, to znaczy, że będzie dobrze. Wszak wróżka nie wsiadłaby do samolotu, który miałby się rozbić, bo przecież zna przyszłość. Tak więc prawie w podskokach udałam się do samolotu i zajęłam swoje miejsce.

Okazało się, że w rzędzie obok mnie po przeciwnej stronie przejścia siedzi ortodoksyjny żyd – taki wiecie – w jarmułce, z czarnymi pejsami i brodą, brzuchaty, ubrany w czarne garniturowe spodnie, białą koszulę i czarną kamizelkę. Nerwowy jakiś… Ciągle się kręci, grzebie w telefonie, dzwoni do kogoś i głośno opowiada „o niej”. „Ona” jest zła, okropna, co ona mu zrobiła, jak ona mogła, co on ma teraz zrobić… O rany, chyba jakaś zawiedziona miłość – pomyślałam.

Zaczęliśmy kołowanie, poszedł komunikat z prośbą, aby wyłączyć telefony oraz wszystkie urządzenia elektroniczne, a żyd nic. Nadal gada. W końcu podeszła do niego stewardesa i poprosiła, aby przestał. Przestał. Na chwilę. Po chwili znowu sięgnął po telefon i zaczął w nim gmerać. Cholera – pomyślałam – człowieku, czy ty nie wiesz, że jak mówią, żeby wyłączyć całą elektronikę, to chodzi też o Twój telefon?! Przecież mogą być zakłócenia, coś tam się zepsuje, awaria nawigacji i wszyscy zginiemy! Halo! Czy nikt oprócz mnie tego nie widzi? Dlaczego nikt się tym nie przejmuje? Halo ludzie, halo wszyscy! – tak sobie krzyczałam w myślach, aż zmęczona strachem przysnęłam…

Obudziły mnie silne turbulencje. Za oknami było już ciemno, a my zbliżaliśmy się do lotniska w Warszawie. Patrzę na żyda, a on nadal grzebie w telefonie. Nagle wstał i udał się do toalety. Rozległ się komunikat, żeby zająć miejsca, bo będziemy lądować. No tak – pomyślałam – a ten ma znowu problem z dostosowaniem się do poleceń. W końcu jednak wrócił na miejsce i… wiecie co? Teraz będzie najlepsze… wyjął czarny szal, nakrył się nim i zaczął kołysać się w przód i w tył, mamrocząc coś nad tym swoim telefonem. Do tego te turbulencje. I moje myśli – o Boże, to na pewno zamachowiec, samobójca, na niczym mu już nie zależy, bo „ona” go rzuciła, złamała serce… za chwilę nad Warszawą rozlegnie się huk i nasz samolot rozleci się na kawałki. On pewnie poszedł do tej toalety, aby złożyć bombę, teraz się modli, bo pewnie za chwilę odpali w telefonie zapalnik i wszyscy wylecimy w powietrze!!! Aaaa….

Nie wylecieliśmy na szczęście, wylądowaliśmy gładko i spokojnie, wróciłam do domu, gdzie dowiedziałam się od najbliższych, że moja panika w tym przypadku okazała się całkowicie bezpodstawna, a ja wykazałam się kompletną nieznajomością zwyczajów religijnych. A więc wróżka David Harkley się nie pomyliła i nie warto było się bać.

Przygoda nr 2 – lot Faro-Warszawa, Travel Service
Lot opóźniony o godzinę. Jako wytłumaczenie została nam podana informacja, że samolot miał lecieć z Katowic, a leciał z Warszawy. Nie szkodzi, zdarza się, ale…

Na lotnisku miałam złe przeczucia na tyle, że dostałam biegunki z nerwów. Ale byłam z dziećmi, wracaliśmy z wakacji, do samolotu wsiąść trzeba i robić dobrą minę do złej gry. Samolot z zewnątrz brzydki był, jakiś jakby stary, połatany. W środku nie lepiej. Nie dość, że brudno i nie posprzątane po poprzednich pasażerach, to jeszcze np. brakowało plastikowych elementów przy oparciach foteli! Skomentowałam to oczywiście po swojemu, ale w sumie najważniejsze bezpieczeństwo, prawda? Już nie wymagajmy luksusów, byle dolecieć do celu.

Lot był okej, bez zastrzeżeń. Wysiedliśmy i od razu na lotnisku podbiegła do nas jakaś pani, która była mocno przerażona. Zasypała nas pytaniami: Jak lot? Czy wszystko było okej? Dlaczego był opóźniony? Bo ona teraz leci i chciałaby wiedzieć. Uspokoiłam kobietę, że chociaż było opóźnienie i samolot trochę zdezelowany, to lot był w porządku. Poszliśmy, a ja powiedziałam do dzieci: Widzicie, nie tylko ja boję się latać, są inni, którzy panikują jeszcze bardziej.

Wróciliśmy do domu i w ramach odpoczynku, zanim jeszcze zaczęłam się rozpakowywać, włączyłam Onet, żeby zobaczyć co tam słychać w wielkim świecie. Jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam informację oznaczoną jako „PILNE”, że samolot z Warszawy do Faro, ten sam, którym przylecieliśmy, miał lądowanie awaryjne w Pradze z powodu rozhermetyzowania kabiny. Hmm… czy ta pani była jakąś jasnowidzką? Czy też ktoś jej to przepowiedział i ostrzegł?

A jeszcze gwoli uzupełnienia wątku biegunki i panikowania przed lotem. Byłam świadkiem jak facet, który siedział w samolocie za mną sfajdał się w gacie ze strachu przed lądowaniem. Normalnie był komunikat, że będziemy podchodzić do lądowania, a ja poczułam, że COŚ śmierdzi. I to niestety było TO. Po wylądowaniu facet rzucił się do wyjścia jako pierwszy, a ci którzy wyszli za nim od razu mocno się cofnęli. No bywa i tak.

Przygoda nr 3 – lot Podgorica-Warszawa
Znowu nie wiem czemu, ale bardzo bałam się lecieć. To jest takie dziwne uczucie, ściska mnie w brzuchu, ciało mam strasznie spięte i takie jakby sparaliżowane. Wszystkie czynności robię niejako mechanicznie, mało mówię, sztucznie się śmieję, że niby jestem taka wyluzowana, a tak naprawdę analizuję wszystko pod kątem „znaków”. No wiecie, że może dostanę odgórnie jakiś znak ostrzegawczy, który mnie ocali przed wejściem do samolotu mającego ulec katastrofie. Tym razem znaków nie było, tylko ten strach. Przez cały lot modliłam się, żeby dolecieć, żeby wszystko było okej.

I dolecieliśmy. Ale zaraz po przyjeździe do domu i zajrzeniu do komputera, dowiedziałam się, że inni nie mieli tego szczęścia, bo w tym samym czasie, kiedy my byliśmy w górze, ich samolot został zestrzelony nad Ukrainą. Szok i niedowierzanie.

Podobne emocje towarzyszyły mi przy katastrofie smoleńskiej oraz wtedy, gdy zaburzony psychicznie pilot postanowił popełnić samobójstwo, rozbijając w górach samolot pełny pasażerów. A także wtedy, gdy dwa samoloty zaginęły nad Atlantykiem oraz po informacjach, że niektóre samoloty nawet nie zdążyły wystartować, bo wykryto w nich usterki mogące mieć katastrofalne następstwa.

I jeszcze na koniec Przygoda Nr 4 – nie moja na szczęście, ale koleżanki, która leciała z Dubaju. Jej samolot zaczął kołować, a z wlewu zbiornika paliwa zaczęło chlustać. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że przy temperaturach bliskich 50 st. C, taka sytuacja może się skończyć tragicznie. Tu najpierw zatrzymano samolot, potem odsunięto od niego inne najbliżej stojące, a następnie podjechała straż pożarna i oblała wszystko pianą. Dopiero później odbyła się ewakuacja pasażerów, a lot został oczywiście odwołany.

Tak więc rzeczywiście, biorąc pod uwagę statystyki – na kilkadziesiąt lotów, które odbyłam, mam tylko tych kilka niemiłych wspomnień. Czy to dużo, czy mało? Czy warto mieć obawy przed wsiadaniem na pokład samolotu, czy darować sobie i cieszyć się tym, co pozytywnego niesie ze sobą podniebne podróżowanie? Myślę, że nie warto się bać, a jeśli ktoś ma takie lęki jak ja, to po prostu trzeba nauczyć się je ujarzmiać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.